„Jak powiedział znany uczony, Matematyka – to… jest to.”
Dane: grupka entuzjastów, wpatrująca się w popisaną w dość abstrakcyjny sposób kartkę wiszącą na ścianie. Nieodgadniony błysk (trudno orzec, czy to oznaka pasji czy już fanatyzmu :) w oczach. Podobne stroje z enigmatycznym logo. Niemniej zagadkowy napis - *Ścieżki Nieskończoności*. Za oknem malownicza górska sceneria… i krowa.
Pytanie: O co chodzi?!
Hipoteza: Pierwsze skojarzenie – trochę makabryczne – czyżby jakaś sekta zgłębiała wiedzę ezoteryczną i kontemplowała słowa guru, jednocząc się z naturą? ...
Odpowiedź: banalnie prosta. To tylko – obóz Kwadratury Koła :) A enigmatyczny błysk to nic innego, jak jedna z łagodniejszych reakcji na teorię o *Kościach Życia*…
Rozwiązanie: Okazuje się, że impreza z kilkudziesięcioma laureatami konkursu matematycznego w roli głównej wcale nie musi być nudna ani drętwa. Jak trafnie zauważył nasz prawie-guru, pod zakopiańskim dachem stworzyliśmy coś na kształt campusu. Ale nie tylko – był też czas na świetną zabawę, wędrówki górskimi szlakami, podziwianie bajecznych miejsc, nawiązanie znajomości z fantastycznymi ludźmi z całej Polski.
Wszystko dzięki grupie „niespokojnych duchów” – twórczych nauczycieli, członków Stowarzyszenia „Ścieżki Nieskończoności”, którzy zorganizowali Matematyczne Mistrzostwa Polski, a dla zwycięzców poprowadzili obóz. I trzeba przyznać, że to, co robią – robią świetnie. Przywracają wiarę w człowieka. Tacy nie poprzestają na szkolnych obowiązkach i sięgają po więcej, aby stworzyć coś świeżego i ciekawego. Niebanalnego – bo udało im się skłonić nas do spojrzenia na matmę z całkiem innej strony; zainteresować historią matematyki, pokazać całkiem inne zagadnienia niż te omawiane w szkole, udowodnić, że świat liczb i figur geometrycznych jest bardzo blisko nas oraz że orientacja w nim naprawdę przydaje się na co dzień. A przede wszystkim – że można świetnie się bawić, mozoląc się nad rozwiązaniem zadania!
Najlepszy przykład to InO – Impreza na Orientację. Niezapomniana przygoda – zwłaszcza jej ostatnia faza: próby odnalezienia sercu Zakopanego strategicznych punktów, których nazwy pasowałyby do wykropkowanych miejsc i liter ujawnionych po rozwiązaniu zadań… czyli wariacki bieg wzdłuż Krupówek „oraz do 50 metrów na boki” i radosne pokrzykiwanie do kolegów z drużyny, którzy jakimś cudem znaleźli się właśnie na drugim końcu ulicy…
Kiedy w zespołach rozwiązywaliśmy zadania z Powiatowej Ligi Matematycznej, biegaliśmy po Krupówkach czy całą grupą gramoliliśmy się na Sarnią Skałę, padł kolejny stereotyp: matematyka jako osobnika aspołecznego, nieskorego do współpracy, indywidualisty w złym tego słowa znaczeniu.
Na pewno na długo zapamiętamy wspólne śpiewogranie przy ognisku, po całym dniu pracowicie spędzonym na warsztatach matematycznych i górskim szlaku… To właśnie jedna z tych chwil, kiedy śmiertelnik, zadowolony z porannego wysiłku intelektualnego ( ;) ) oraz tego popołudniowego – fizycznego – otoczony wspaniałymi ludźmi, dochodzi do prostej, acz zaskakującej konkluzji… życie jest piękne! A skoro jesteśmy przy muzykowaniu – magiczne było też „śpiewające” zdobywanie szczytów.
Nie sposób nie wspomnieć o pozostałych atrakcjach. Wieczór kabaretowy i karaoke odsłoniły nasze rozliczne, mniej lub bardziej skrywane talenty oraz pozwoliły poznać się z całkiem innej strony – a także zintegrować się z „sąsiednim” obozem górskim. Jak się okazało – umysły ścisłe mają całkiem nieźle wykształcone poczucie humoru… Z kolei dwie „potupanki” pozwoliły nam się wyszaleć w dość nieszkodliwy sposób.
Żeby nie było tak cukierkowo, dodam, że mieliśmy też bardziej prozaiczne zajęcia ;) Ale w atmosferze twórczej współpracy i ogólnej wesołości nawet szorowanie podłogi w łazience we własne imieniny (sic!) czy przygotowywanie ze swoją grupą kolacji (a raczej czegoś, co miłosiernie można tak nazwać ;) ) dla sporej zgrai wygłodniałych entuzjastów meczu, który akurat się trafił, miało swój urok - niepowtarzalny…
Po zaledwie kilku dniach spędzonych razem, gdy przyszło rozjechać się do swoich stron, żegnaliśmy się jak starzy znajomi, rozstający się po jakimś „spotkaniu po latach”… hm, czyżby jednak jakieś ezoteryczne matematyczne moce? ;- )
PS. Dowód: Postawione tezy są bezwzględnie uniwersalne. Jestem totalną ofiarą sportową, humanistką z wyboru, samotnikiem z zamiłowania – skoro takiemu indywiduum udało się odnaleźć w Rybakówce (dzielnica Zakopanego) na początku lipca… to znaczy, że udało się absolutnie każdemu! :)
***
Chwała organizatorom, opiekunom – owacje na stojąco, pozdrowienia młodocianym matematykom, wszystkim – do zobaczenia!